Nowości

Tequila z Cortazarem

O swoich miłościach, zdradach i przyjaźniach z największymi tego świata opowiada Marek Keller w rozmowie z Dariuszem Wilczakiem

Wywiad rzeka z polskim marszandem sztuki Markiem Kellerem mieszkającym w Paryżu, Mexico City i Warszawie. Keller, kiedyś aktor Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego i członek zespołu ,,Mazowsza" wyjechał z kraju w 1973 roku. Keller jest gejem, opowiada o swoim długoletnim związku z pisarzem Jerzym Andrzejewskim, o jeszcze dłuższym związku z Juanem Soriano, jednym z najwybitniejszych malarzy i rzeźbiarzy XX wieku. Ale ta książka to również zbiór anegdot o przyjaciołach Kellera, żyjących i nieżyjących już. M.in. Cortazarze, Marquezie, Octavio Pazie, Fuentesie, Carlosie Slimie, najbogatszym człowieku świata, a z polskich artystów: Krystynie Mazurównie, Gerardzie Wilku, Krystynie Jandzie, Jerzym Połomskim, Wioletcie Villas…

Marek Keller to też największy darczyńca pamiątek po Szopenie dla Muzeum Szopena w Warszawie (przeznaczył na to ponad 1 mln euro). Książkę uzupełniają niezwykłe, archiwalne zdjęcia i nigdy niepublikowane listy Andrzejewskiego do Kellera i Kellera do Andrzejewskiego.

Fragmenty książki:

Jerzy Andrzejewski, wielki pisarz, moja miłość. Jerzy był bardzo zazdrosny. Zazdrością mężczyzny w średnim wieku zakochanego w młodym chłopaku – byłem od niego trzydzieści siedem lat młodszy. Takie związki rzadko się udają. Nasz, bardzo intensywny związek, zaczął się w połowie lat sześćdziesiątych i trwał niemal dekadę. Do tego alkohol, który mu nie pomagał. On, Jerzy stawał się nieznośny po alkoholu.

Gerard Wilk powiedział mi któregoś dnia mimochodem: jestem chory, to AIDS, ale jak to się stało, nie wiem, biorę lekarstwa, czuję się dobrze. Ledwie parę zdań. Kilka lat później umarł. W moim paryskim mieszkaniu.

Fuentes miał obsesję na punkcie znanych publicznie osób. Lubił gdy go otaczali, dlatego często wydawał rauty. Wpadał we frustrację, kiedy ktoś z wielkich nie przychodził mimo zaproszenia. Na żądanie Carlosa ostatnie piętro jego rezydencji ambasadora Meksyku zostało przerobione właściwie na salę balową, salę wielkich przyjęć, której okna wychodziły na wieżę Eiffla. Fuentes lepiej się czuł w skórze dyplomaty niż pisarza. Uwielbiał kiedy mu składano hołdy. W postawie jego i jego żony Sylvii była i egzaltacja i pretensjonalność i widoczny na pierwszy rzut oka, przynajmniej u Sylvii, brak szczerości.

Lubiłem Cortazara. Kiedy go poznałem miał 60 lat, ale wyglądał bardzo młodo. Puszczałem mu z płyty argentyńskie tanga, a on podrygując do muzyki, tłumaczył mi słowa śpiewane w różnych odmianach języka hiszpańskiego. Julio zaczął się starzeć tuż przed śmiercią. Było w tym jego nagłym postarzeniu coś magicznego. Jakby sam stawał się bohaterem magicznego świata, który tworzył całe życie w swoich książkach. Cortazar, kiedy się poznaliśmy, był w związku z Ugne Karvelis, Litwinką, bardzo urodziwą kobietą, ale przecież i Julio był niezwykle przystojnym mężczyzną, górującym wzrostem nad nami wszystkimi. Śliczna para. Ugne pracowała w słynnym paryskim domu wydawniczym Gallimard, najważniejszym wydawnictwie francuskim i jednym z ważniejszych na świecie. Była tam znaczącą postacią, miała wpływ na politykę wydawniczą firmy, pomagała Cortazarowi i innym pisarzom iberoamerykańskim. W znacznym stopniu ten wielki boom na prozę iberoamerykańską w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku wynikał ze starań Ugne – kobiety Cortazara. To Gallimard, za sprawą tej Litwinki, jako pierwszy zaczął promować mało jeszcze znane nazwiska pisarzy, a dziś kilku z nich to przecież nobliści, których książki sprzedają się w milionowych nakładach.

Octavio Paz w końcu, już trochę wstawiony, osunął się na dywan, siedzi z jakąś szklanką wypełnioną alkoholem, a reszta na niego napada. Koledzy malarze zaczęli go podpuszczać. Mówią w końcu: ty, taki znany, z taką sławą, laureat Nagrody Nobla, a my za jeden obraz dostajemy więcej, niż ty za książkę, mimo że jest tłumaczona na wszystkie języki świata. Wreszcie Octavio się zebrał w sobie i nieźle już wstawiony mówi: „Dobrze, ponieważ nie mam już argumentów, zresztą one do was nie trafiają i tak, to powiem wam inaczej: kurwa wasza mać, pierdolcie się”.

Z Krysią Mazurówną częściej się spotykamy w Paryżu niż w Warszawie. Mieszkamy niedaleko siebie. Krysia i kiedyś, i dziś wielka celebrytka w Polsce, ma mieszkanie w centrum Paryża. Dała ogłoszenie: ,,Sprzedam mieszkanie z widokiem na bazylikę Sacre Coeur". Przyszedł klient i mówi: no tak, ale bazyliki nie widzę. Zaprowadziła klienta do łazienki, kazała mu wejść na sedes. Nad sedesem jest małe okienko. Krysia: no widzi pan, z tego miejsca bardzo dobrze widać bazylikę.

W ubiegłym roku, przed przyjazdem do Polski zadzwoniłem do Marqueza. Potem do niego pojechałem. Wiedziałem, że to już jego ostatnie miesiące, może i tygodnie. Kiedy zbierałem się do wyjścia powiedział, że mnie odprowadzi do furtki. Szliśmy krok za krokiem, w milczeniu. W końcu Gabriel Garcia mówi: „Poczekaj Marek, jeszcze sprawdzę czy są jakieś listy w skrzynce”. Otworzył skrzynkę na listy, ale były w niej tylko jakieś ulotki reklamowe. Widziałem że jest mu przykro.

Krysię Jandę poznałem jedenaście lat temu w Warszawie. Niezwykła kobieta, trochę szalona, tym szaleństwem, w którym jest wszystko co ważne. Wydawało mi się kiedyś, oglądając filmy, w których gra, że jej wizerunek – silnej, ale też wrażliwej kobiety w typie rewolucjonistki, to tylko rola filmowa. Ale nie. Ona taka jest naprawdę. Gdyby nie ona, pewnie bym dalej mieszkał w Paryżu. Dzięki niej, bardzo mi pomogła, kupiłem posiadłość w Podkowie Leśnej.

Waldek Kocoń umarł trzy lata temu na białaczkę. Przed śmiercią prosił, żeby jego pogrzeb był świecki. Nie uszanowano jego woli. A właściwie nie uszanował jej Daniel Olbrychski, jego kolega, mieszkali obok siebie od lat. W pewnym momencie, na cmentarzu Daniel dorwał się do głosu i mówi: „Wprawdzie Waldek chciał świeckiego pogrzebu, ale już po jego śmierci znalazłem różaniec w jego stoliku nocnym, więc proszę wszystkich o modlitwę za duszę Waldka”. I zaczyna: „Ojcze nasz...” Zapanowała konsternacja. Część osób się przyłączyła do Daniela, a część nie. W każdym razie to co zrobił Daniel było jak wejście w gumiakach do salonu. Ale z drugiej strony wiemy, że Olbrychskiego stać na różne wyskoki.