Nasze książki

Grajek, który został graczem

Polityczny żywot Pawła Kukiza składa się ze sprzeczności. Był za Platformą, a teraz przeciw niej. Był przeciw PiS, a teraz PiS wspiera. Śpiewał Ukraińcom na Majdanie, a dziś domaga się neutralności wobec konfliktu na Wschodzie. Kiedyś gorący zwolennik integracji z Unią Europejską, teraz zachodnie korporacje są dla niego wcieleniem zła. Pisał antydyskryminacyjne protest songi, dziś podsyca nastroje przeciw imigrantom.
Taki jest właśnie Paweł Kukiz. Co chwilę inny muzycznie i politycznie, ale zawsze przeciw jakiemuś „systemowi”, za którego ofiarę uważa siebie i Polskę. Przeciw Jaruzelskiemu, przeciw Kaczyńskiemu, przeciw Komorowskiemu.
Siedzimy w sierpniowym słońcu, w ogródku stołecznej kawiarni. Kukiz zaciąga się papierosem. Żeby z nim pogadać, trzeba go było uprowadzić z kolejnego wiecu, zostawiając w tyle rzeszę rozentuzjazmowanych wyznawców.
– Jak można powiedzieć, że jestem chorągiewką na wietrze – mówi. – To realia się zmieniają. Ja zawsze stoję po stronie prawdy i sprawiedliwości!

Uważa, że Polska nie jest do końca wolna. Paweł Kukiz ze swej strony robi co może, by ją oswobodzić. Przez chwilę był prawie prezydentem, teraz chce wygrać Sejm. Jednak tłum sprzed sceny się wykrusza.
„Traktowani jesteśmy na dzień dobry jak kretyni. Jak niewykształcone matoły, które są ludźmi marginesu. Ludźmi sfrustrowanymi, ale w negatywnym sensie, w negatywnym pojęciu. Ludźmi bez przyszłości, bez przeszłości i tylko z jakąś tam teraźniejszością traktowaną instrumentalnie. Jak śmieci”. Jest rok 1995, Paweł Kukiz ma 32 lata. Telewizja kręci o nim film o szumnym tytule „Ave Kukiz”. Już wówczas jest kimś – od kilkunastu lat swym charakterystycznym, dosadnym głosem wyśpiewuje protest songi.
Dwie dekady później, 10 maja 2015 r., wieczór wyborczy po pierwszej turze wyborów prezydenckich, w której zbuntowanego rockmana poparł co piąty Polak: – Mówili „A kim on w ogóle jest?!”. Mówili o was: „A kim oni są?! To jest nic!!! My od '89 roku mamy wszystko. Będziemy służyć każdemu panu, byleby tylko zachować ten system”. To jest ich metoda. To są zdrajcy!

autor: Andrzej Stankiewicz, współpraca: Anna Jankowska

To on schwytał Adolfa Eichmanna

Budynek Światowej Organizacji Syjonistycznej przy jednej z ruchliwych ulic centralnego Tel Awiwu. Modernistyczna bryła przytłacza ciężarem, cofa do lat pięćdziesiątych. Gęsta kratka okien dusi światło.

Naszpikowane kamerami korytarze prowadzą do kilku biur rządowych. Trzeba się rozglądać, pytać, pogodzić z podejrzliwymi spojrzeniami ochrony. W końcu ktoś wskazuje niepozorne, odrapane drzwi, niegodne, przypominające bardziej wejście do składu narzędzi. Kamera po jednej i drugiej stronie, jakieś zakazy i nakazy pisane po hebrajsku. Dzwonek, czekanie. Jesteśmy na miejscu.

Można się zastanawiać, dlaczego akurat tutaj swoje biuro ma Rafi Eitan, wieloletni pracownik Mossadu, polityk i biznesmen, człowiek, który tworzył izraelską historię. Można by go też szukać w korytarzu pełnym rządowych biur o tajemniczo brzmiących nazwach: „Biuro ds. paliw alternatywnych” czy „Biuro ds. restytucji mienia żydowskiego”. Można by – gdyby nie miła urzędniczka, która uspokaja, objaśnia, prowadzi interesanta do celu, pilnując kątem oka, by nie zawieruszył się po drodze w jakimś niepożądanym miejscu.

Z Rafim Eitanem umówić się na wywiad niełatwo. Nawet wtedy, gdy się ma numery prywatne, albo – stopień wyżej – do którejś z osobistych sekretarek. Trudno je oszukać: przygotowane, wyczulone na wszystko, nie dopuszczą do rozmowy przypadkowej osoby. Będą zadawały dziesiątki przytomnych pytań: „po co, dla kogo, co dokładnie będzie przedmiotem wywiadu.” Wreszcie – „sprawdzimy (pana/panią)”, „oddzwonimy (z kolejnymi pytaniami)”, i „(być może) zaprosimy na rozmowę”. Dzień przed spotkaniem telefony jeden po drugim – dzwonią sekretarki, dzwoni izraelskie ministerstwo obrony. Dane dziennikarza brane są pod lupę: czy mówi prawdę, czy niekarany, czy nie współpracuje z obcymi agenturami. Pod koniec dnia mail: „Czysty, sprawdzony. Zapraszamy o 9 rano. Proszę być punktualnie.”

Ma 89 lat. Niskiego wzrostu, siwiuteńki, kruchy staruszek. Spogląda na rozmówcę spod półprzymkniętych powiek. Opadają ze starości, przypadkowo nadają przy tym jego twarzy wyraz podejrzliwego skupienia.

Trudno uwierzyć, że drobny mężczyzna, który przed nami siedzi, to ten, który wytropił i doprowadził przed sąd Adolfa Eichmanna. Ten, który po zamachu na olimpiadzie w Monachium odpowiadał za krwawy rewanż na terrorystach z Czarnego Września.
Eitan to też ten, który wykorzystał i zdradził swojego szpiega, Johnatana Pollarda. Nieugięty agent Mossadu i człowiek bez skrupułów poświęcający wartości dla dobra swojej ojczyzny. Niejednoznaczny, wymykający się określeniom. Ten Rafi Eitan.

autor: Karolina Przewrocka

Ksiądz Paweł zrzuca sutannę

Przekraczam progi seminarium jako zwykły, prosty kleryk, który chce być księdzem, służyć Panu Bogu i ludziom. Dużo czytam, modlę się, gorliwie przygotowuję do kapłaństwa, a nadzieje o byciu księdzem nie gasną aż do trzeciego roku. Wtedy nagle zaczęli mi wmawiać, że moim największym problemem jest ojciec, który zmaga się z chorobą alkoholową. A bycie dorosłym dzieckiem alkoholika – tłumaczą mi wykładowcy – ma poważne konsekwencje i nawet jeśli teraz ich nie odczuwam, zapewne pojawią się w przyszłości. Przez ojca alkoholika można nawet nie dostać upragnionych święceń. A ja przecież tak bardzo chcę być księdzem. Ojciec duchowny ma rozwiązanie: terapia dla DDA.

Dorosłe Dziecko Alkoholika to niechciany i bezlitosny spadek po rodzicu, który pił. Balast emocjonalny, psychiczny, duchowy, który dziecko unosi na swych wątłych, dziecięcych barkach, a potem niesie przez życie. DDA przyjmuje jedną z czterech ról, które rzutują na jego życie - bohatera, który zastępuje rodzicowi współmałżonka, a rodzeństwu rodzica i mając kilka, kilkanaście lat, staje się głową rodziny, albo kozła ofiarnego, który wierzga, buntuje się, sprawia problemy wychowawcze, albo też dziecka we mgle, które ucieka w swój świat wewnętrzny, alienując się coraz bardziej, wreszcie maskotki, która wchodzi rolę duszy towarzystwa, rozładowującej napięcia i wyczuwającej potrzeby innych. Paweł był bohaterem…

Terapia opiera się na przekonaniu, że na alkoholizm choruje cała rodzina, więc uzdrowić należy nie tylko pijącego rodzica, ale i innych członków systemu rodzinnego.

Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że psychologia to dziś królowa nauk. Przyjmowałem wszystko bez zastrzeżeń, ufałem im. Skoro ojciec duchowny mówi, że nawet jeśli teraz nie mam żadnych problemów z relacjami czy autorytetami, to prędzej czy później się pojawią, to znaczy, że ma rację.

Ojciec duchowny to w seminarium twój spowiednik i kierownik duchowy. Kiedyś takie kierownictwo nie było obowiązkowe, trzeba było tylko spowiadać się co dwa, trzy tygodnie i raz na semestr odbyć rozmowę. Potem zasady zmieniono i teraz każdy kleryk wybiera z grona kilku ojców duchownych swojego kierownika, spowiada się u niego i konsultuje z nim wszystkie ważniejsze decyzje, rozmyślania, poglądy, wątpliwości duchowe, emocjonalne, moralne.

Nie ja jeden mam problem z pijącym rodzicem, więc na terapię do ośrodka pod Poznaniem jedziemy w pięciu. To standardowa terapia oparta na programie dwunastu kroków. Jej założeniem jest, że choruje cała rodzina alkoholika.

– Pomogło?

– Jak cholera. Przytyłem trzydzieści kilo, zaczęła się we mnie rodzić nienawiść do własnego ojca i każdego autorytetu oraz agresja, z którą zmagam się do dziś. Mój współlokator w seminarium przyznał kiedyś, że jak wracałem z tygodniowej sesji, to bał się do mnie odezwać, bo nigdy nie wiedział, czy nie wybuchnę, taki byłem nerwowy. Potem było jeszcze gorzej.

autor: Małgorzata Rostowska

Parszywi z Banditenstadt

Gdy płonęła przedwojenna kamienica, chałupa pod miastem albo stodoła na skraju lasu, strażackie dzwony biły tutaj dwa razy głośniej. Na dubeltową trwogę.

– Przodem powinni gnać saperzy, a dopiero za nimi strażacy – uprzedzał doświadczony w takich akcjach Aleksander Jaczewski, komendant powiatowy zawodowych strażaków.

Bo w Radomsku stare mury, grube stropy, podłogowe deski wciąż pachną prochem i nasiąkłymi oliwą szmatami. Jeszcze ćwierć wieku po wojnie w ogniu pożaru wybuchały tu magazynki z nabojami do peemów, granaty, rozbrojone miny przeciwpiechotne. Bywało, że eksplozja zardzewiałej filipinki roznosiła w drzazgi domek z poddaszem. W zgliszczach walały się szmajsery, steny, parabelki, visy. Z kupki popiołu, która długo była workiem pełnym trocin, wystawały osmolone magazynki.

Jesienią 1947 roku starosta Michał Nowacki raportował wojewodzie, jak niechętnie partyzanci składają broń u stóp ludowej władzy: „Do tej pory zdano tylko niedużą część broni używanej przeciwko Niemcom, przeważnie najstarsze i najgorsze karabiny. Nie dają skutku wszelkiego rodzaju sankcje. W posiadaniu byłych partyzantów leśnych i z miasta znajduje się wiele tysięcy sztuk rozmaitego uzbrojenia”.

Póki nie kopano fundamentów pod nowe domy, sojusznikiem była ziemia. Potem ziemia zaczęła oddawać ukryte w niej karabiny. Sporo znaleźli też grabarze, unosząc marmurowe płyty grobowców na starym cmentarzu.

Ta karta dziejów Radomska nie jest zamknięta.

Kwiecień 2009: podczas remontu strychu kamienicy przy ulicy Krótkiej lokator wygrzebuje skrytkę z pistoletami, granatami i dużym zapasem amunicji. Policja zamyka ruch, ewakuuje mieszkańców, wzywa saperów. W tym domu mieszkał u brata porucznik Roman Alama „Irys”, szef wywiadu i pierwszy zastępca komendanta Konspiracyjnego Wojska Polskiego, po wojnie skazany na dziesięć lat ciężkiego więzienia.

Lipiec 2009: między drewnianymi belkami i ścianą poddasza domu na obrzeżach Radomska robotnicy remontowi znajdują pistolety, magazynki i dwadzieścia trzy sztuki amunicji. W tym budynku ukrywali się dwaj podoficerowie Armii Krajowej, tropieni przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego.

Wrzesień 2011: kilkanaście karabinów i pistoletów policjanci wynoszą z mieszkania samotnego starszego pana. Broń była ukryta w podwójnych ścianach szaf, stołach, kanapie i komórce. Do tego domu pod lasem partyzanci Armii Krajowej parokrotnie przynosili rannych kolegów.

autor: Roman Kubiak