Nasze Ksiązki

W sieci windykatorów i komorników
Nielegalne egzekucje w majestacie prawa

Zaczęło się w Kulanach, niewielkiej wsi niedaleko Mławy, na północnym Mazowszu. Rolnik Radosław Zaremba ma tam 11-hektarowe gospodarstwo. Miał też ciągnik. Już nie ma.
Zaremba mieszka przez płot ze szwagrem. Dwa domy, dwa oddzielne adresy. Dwie rodziny, żadnych wspólnych interesów ze szwagrem. Zameldowani też są każdy w swoim domu. Domów nie da się w dodatku pomylić, bo Zaremby otynkowany na różowo, a szwagra na zielono. Jeszcze parę innych rzeczy ich różni. Na przykład ta, że Zaremba nigdy nie miał długów, a szwagier, niestety, ma, wobec Firmy Nasiennej „Granum” w Wodzieradach.
Jest 7 listopada 2014 roku, rano i Zaremba za chwilę, przez długi szwagra, straci swój prywatny ciągnik, chociaż nie powinien stracić niczego.

W ten listopadowy poranek Zarembów nie ma w domu. Po gospodarstwie kręci się teściowa. Na podwórko czarnym samochodem wjeżdża asesor sądowy Michał K. (nie mogę podać jego nazwiska – prokurator postawił mu zarzuty, więc polskie prawo pozwala podać tylko inicjał nazwiska). K., który parkuje na podwórku Zaremby, reprezentuje łódzką kancelarię komorniczą należącą do Jarosława Kluczkowskiego. Parkuje zaraz za stojącym przed oborą traktorem, tak, żeby nie dało się nim odjechać albo na przykład uciec. Chociaż niby dlaczego Zaremba miałby uciekać swoim traktorem ze swojej posesji przed komornikiem, skoro nie ma żadnych długów? Nie wiadomo.

Komornik K. wysiada, wchodzi do domu, ale nie do domu zadłużonego szwagra, tylko do domu Zarembów. I rozpoczyna egzekucję. Kręci się po pokojach. To tu zajrzy, to tam, szuka kluczyków do ciągnika i dowodu rejestracyjnego maszyny. Nie znajduje. Za nim, krok w krok chodzi teściowa Zaremby. Tylko ona jest w domu. Najpierw cierpliwie tłumaczy, że traktor należy do Zaremby, że to jakaś pomyłka. Nic nie pomaga. Nawet to, że w końcu teściowa mówi komornikowi: „Wynoś się pan z naszego domu, bo pan tu bezprawnie jesteś”. Komornik nie słucha. Będzie zajmował traktor Zaremby. Siada przy stole, spisuje protokół, teściowa wystraszona, nie wie co robić, bo choć tłumaczy, że doszło do pomyłki, komornik nie słucha. Teściowa bierze za telefon, dzwoni po Zarembę i po syna. On jest dłużnikiem. Przyjeżdżają. Zaremba jest pewien, że pomyłkę zaraz wyjaśni. Ale gdzie tam. Tłumaczy komornikowi:
- To mój ciągnik, stoi pod moją oborą, proszę spojrzeć, dokumenty na mnie, dowód rejestracyjny na mnie, a tu faktura zakupu z dotacji Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.
Ale komornik, właściwie asesor komorniczy K., na nic nie patrzy. Za to Zaremba widzi, że sprawa poważna, bo pojawia się laweta, podjeżdżają pomocnicy komornika-asesora, zjawia się policja, w razie czego, gdyby Zaremba zaczął się awanturować, chociaż on się akurat wcale nie awanturuje. Jest po prostu tak zdziwiony, że nie może się ruszyć.

Bagsik i Gąsiorowski
Prawdziwa historia Art-B

W kwietniu 1988 roku kilkunastu amerykańskich biznesmenów pojechało do Moskwy. Rozmawiali z przedstawicielami radzieckiego rządu, z dyrektorami największych zakładów pracy, na koniec zostali przyjęci przez Michaiła Gorbaczowa. Edmund Hammer, amerykański przedsiębiorca pochodzenia żydowskiego, pytany przez znanego izraelskiego dziennikarza Severa Plockera o wrażenia z pobytu w Moskwie, mówił: „Zjedliśmy w tym tygodniu kolację z sekretarzem generalnym, panem Gorbaczowem. Spytałem tego wielkiego radzieckiego lidera: towarzyszu Gorbaczow, dlaczego nie pozwalacie na swobodne wyjście Żydów z waszego kraju do Izraela. Gorbaczow odpowiedział: ma pan rację, panie Hammer, obiecuję, że w krótkim czasie stworzymy warunki, by każdy Żyd, który sobie tego zażyczy, mógł opuścić Związek Radziecki i udać się do Izraela”.

Dwa lata później boeing 747 izraelskich linii lotniczych El Al wylądował na warszawskim Okęciu. Po godzinie wystartował do Tel Awiwu, zabierając trzystuosobową grupę żydowskich repatriantów ze Związku Radzieckiego. W ten sposób rozpoczęła się Operacja „Most”. Operacja bez precedensu w historii państw i w historii służb specjalnych. Do połowy 1992 roku mostem powietrznym ze stolicy Polski do stolicy Izraela przerzucono prawie sto tysięcy ludzi. Alija trwała wcześniej, trwała także później – samoloty z repatriantami już pod koniec 1989 roku latały przez Wiedeń i przez Budapeszt. Ale ani wcześniej, ani później tak wielu Żydów w tak krótkim czasie, jak wtedy przez Polskę, w zorganizowanych grupach nie wróciło do Ziemi Obiecanej.

W Operacji „Most” brały udział polskie i izraelskie służby specjalne. Z polskiej strony wywiad, kontrwywiad Urzędu Ochrony Państwa i policyjni komandosi, a specjalnie powołana wtedy struktura organizacyjna została nazwana Grupą Realizacyjną Operacji Most (skrót tej nazwy wyjaśnia nazwę powstającej także wtedy jednostki specjalnej GROM). Ze strony izraelskiej w Operację zaangażowany był Mosad, Szin Bet i Sayeret Matkal.

Może zaskakiwać to, jak niewiele do tej pory powiedziano o Operacji. Zarówno w Polsce, jak i w Izraelu. Z wyjątkiem lakonicznych informacji o tym, że Operacja miała miejsce, do opinii publicznej nie przedostały się żadne szczegóły. Skrywane w pamięci uczestników tamtych zdarzeń i w archiwach Sochnutu – izraelskiej organizacji zajmującej się imigrantami, zaczynają być wreszcie, po latach, ujawniane.

Kto zabił redaktora Ziętarę
Dziennikarskie śledztwo

Jarek zniknął w tym samym dniu, w którym zamordowano w podwarszawskim Aninie byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żonę. O tej zbrodni było głośno w całym kraju. O tajemniczym zniknięciu idącego do redakcji dziennikarza żadna ogólnopolska gazeta nawet nie wspomniała. Zmasakrowane ciała Jaroszewiczów znaleziono, Ziętary nie było. Nawet wtedy, gdy szukając go wraz z rodziną wykluczyliśmy, że miał jakiś wypadek, a nic nie wskazywało też na to, by popełnił samobójstwo lub postanowił się ukrywać – w policji konsekwentnie uznawano, że nie ma powodów nawet do przypuszczeń, że nasz kolega padł ofiarą przestępstwa.
O tym, jak interpretowano jego zniknięcie, świadczy notatka jednego z funkcjonariuszy, Mariana Wieteckiego, który 29 października 1992 roku napisał: „Na obecnym etapie sprawy poszukiwawczej przyjęto jako założenia dwie wersje zdarzenia. Wersja A – poszukiwany w chwili obecnej posiadając kontakty na terenie Anglii udał się tam lub do innego kraju zachodniego, gdzie przebywa. Wersja B – poszukiwany nie żyje i najprawdopodobniej po wyjściu z miejsca zamieszkania wyjechał poza teren Poznania i popełnił samobójstwo”.

Obie wersje było pozbawione sensu i logiki. Jarek miał bowiem nieważny paszport (znaleziono go w jego mieszkaniu) i czekał na wydanie nowego (miał go odebrać we wrześniu), a bez takiego dokumentu w tamtym czasie wyjazd za granicę nie był możliwy. Był też kosztowny, a on nie miał oszczędności. Dopiero za kilka dni miał odebrać w kasie naszej redakcji wypłatę (jak większość Polaków Jarek nie miał wtedy jeszcze konta bankowego). Równie absurdalna była wersja o Jarku jako samobójcy, który gdzieś wyjechał, by potajemnie odebrać sobie życie tak, by jego zwłok nie udało się znaleźć. Tak nie robią osoby zamierzające odebrać sobie życie. Na dodatek nasz kolega w dniach przed zniknięciem umawiał się na różne spotkania dotyczące spraw zawodowych i prywatnych.

Policja chętnie sprawdzała pozbawione racjonalnych podstaw sygnały od różdżkarzy i jasnowidzów, ale najbardziej prawdopodobnej wersji, że dziennikarza porwano lub zabito – w ogóle nie brano pod uwagę. Próbowaliśmy zatem zastąpić policję. Zrobiliśmy coś, co raczej nie ma odpowiednika w historii polskiego dziennikarstwa – stworzyliśmy „międzyredakcyjną grupę śledczą”.