“Wałęsa, zdrajca czy bohater? Niedokończona rewolucja”

Autorzy:

Andrzej Stankiewicz i Dariusz Wilczak

Wydawnictwo Fabuła Fraza

Data premiery: 20 kwietnia 2016 r.

“Wałęsa od roku 1980 jest bohaterem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi oraz dokumenty, które znam, wskazują na to, że dawny „Bolek” najdalej w 1976 roku im się „urwał”. Mimo szantażowania go sprawą „Bolka” trzymał się dobrze. Przecież, gdy był internowany, próbowano go przymusić do wznowienia „Solidarności” jako przybudówki władzy. Miał tego „Bolka” za pazurami, ale mimo to się nie poddał.” – Piotr Gontarczyk

Książka “Wałęsa, zdrajca czy bohater? Niedokończona rewolucja” to 21 rozmów z osobami, których losy na różnych polach i w różnych sytuacjach zetknęły się z Lechem Wałęsą. 21 było także postulatów w Sierpniu 1980, na strajku, który był początkiem legendy Lecha Wałęsy. Z pewnością jednak walorem przeprowadzonych przez Andrzeja Stankiewicza i Dariusza Wilczaka wywiadów, prowadzonych w różnym czasie, jest próba zbliżenia się do prawdy i namalowania spójnego obrazu Lecha Wałęsy.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej Andrzej Stankiewicz wspólnie z Dariuszem Wilczakiem pokazują Wałęsę jakiego nie znaliśmy. Z jednej strony zwykłego robotnika, który, do pewnego stopnia przypadkowo, staje się bohaterem niepotrafiącym dźwigać swojej własnej legendy. Z drugiej Wałęsę uwikłanego we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, choć on sam uważa, że to, co robił nie można nazwać współpracą i tak naprawdę okpił swojego oficera prowadzącego, a w konsekwencji sam jeden obalił w Polsce realny socjalizm. W jej drugiej części książka nawiązuje do opublikowanej dwadzieścia lat temu „Muchy za szybą. Niedokończona rewolucja” Dariusza Wilczaka, pozwala skonfrontować fakty i tych faktów oceny widziane oczami ludzi „Solidarności” i ludzi dawnej władzy tuż po przełomie 1989 roku. Także tych osób, których już nie ma. Bohaterem tej, ale i pierwszej części książki jest Lech Wałęsa. Człowiek – symbol, ale człowiek realny, z bagażem wad i zalet, niepotrafiący przegrywać, a wygraną traktujący jako rzecz naturalną, za którą wszyscy powinni być mu wdzięczni.

Połączenie tych dwóch części ma na celu konfrontację tamtych przemyśleń i opowieści uczestników wydarzeń tworzonych prawie na gorąco po przełomie 1989/90, z nowymi rozmowami i nowymi bohaterami, zmierzając do próby zdefiniowania roli Wałęsy, pokazania jego skomplikowanego charakteru – bohatera i niewątpliwie odważnego człowieka, z jakimś jego osobistym dramatem epizodu współpracy czy rozmów z ,,bezpieką” na początku lat 70-tych. Dla jednych ,,saldo” jest pozytywne. Dla innych Lech Wałęsa pozostanie zdrajcą.

W tej książce padają pytania. Próba odpowiedzi sprawia, że ta książka, w gruncie rzeczy, jest także o nas wszystkich – Polakach.

W książce “Wałęsa, zdrajca czy bohater? Niedokończona rewolucja” znajdą Państwo rozmowy z: Jerzym Eislerem, Karolem Hajdugą, Romanem Bątorem, Jerzym Borowczakiem, Bogdanem Borusewiczem, Piotrem Gontarczykiem, Andrzejem Kołodziejem, Andrzejem Stelmachowskim, Czesławem Kiszczakiem, Stanisławem Cioskiem, Józefem Czyrkiem, Bogdanem Lisem, Adamem Hodyszem, Florianem Wiśniewskim, Andrzejem Gwiazdą i Joanną Gwiazdą, Michałem Janiszewskim, Jackiem Merklem, Mieczysławem Rakowskim, Jadwigą Staniszkis, Anną Walentynowicz oraz Zbigniewem Szczypińskim.

Andrzej Stankiewicz

Przez 10 lat był dziennikarzem “Rzeczpospolitej”, kolejne 5 lat spędził w “Newsweeku”, potem pisał we “Wprost”, obecnie znów w “Rzeczpospolitej”. Laureat wielu nagród i wyróżnień w dziedzinie publicystyki, wywiadu, reportażu oraz dziennikarstwa śledczego. Współautor książek: “Donald Tusk. Droga do władzy” oraz “Zbigniew Ziobro. Historia prawdziwa”.

Dariusz Wilczak

Długoletni szef działu krajowego “Newsweeka”, antropolog kultury, publicysta, reportażysta wydawca, autor kilku książek. Wyróżniany w konkursach dziennikarskich Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich I miesięcznika “Press”. Autor słuchowisk radiowych. Nominowany do nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza w 2013 r.


Fragmenty książki:


Prof. Jerzy Eisler

Nauczyliśmy się chyba umiejętności trwania, mimo opresji. Przypominam, że my – znani na świecie mistrzowie walki partyzanckiej, być może nauczeni doświadczeniem poprzednich dekad – kiedy przeciw Polakom wyciągnięto czołgi z garnizonów w grudniu 81 roku, to jakoś nikt na te czołgi nie szedł. Oczywiście, były protesty, były ofiary, ale generalnie ludzie uznali tak: no trudno, najwyżej damy się zabić, ale sami walczyć nie będziemy, nie będziemy zabijać w imię utraconej wolności. Tak się zachowało praktycznie całe społeczeństwo. Na siedem tysięcy wszystkich przedsiębiorstw polskich w grudniu 81 roku strajki wybuchły w 198 przedsiębiorstwach. W 50 powstały komitety strajkowe, a w 40 doszło do szturmu milicji na okupowane zakłady. Pamiętajmy jeszcze o czymś. Po 13 grudnia 1981 roku, z 10 milionowej „Solidarności”, która tworzyła związek, struktury, która miała komórki w zakładach, drukowała gazety, książki zostało może kilkaset tysięcy najtwardszych. Władek Frasyniuk, z którym kiedyś o tym rozmawiałem powiedział, że nawet te kilkaset tysięcy to liczba wielokrotnie zawyżona. Według Frasyniuka „Solidarność” przetrwała w liczbie kilku, kilkunastu tysięcy najbardziej zdeterminowanych działaczy, którzy zeszli do podziemia. A tym podziemiem „solidarnościowym” reszta społeczeństwa niespecjalnie się przejmowała.

Andrzej Gwiazda

Wałęsa nas wyrzucał od samego początku. Wtedy przyjaciele na bieżąco mówili, co Wałęsa przeciw nam szykuje. Byliśmy zbyt zajęci budową i działaniem Związku, a zresztą uważaliśmy, że nie powinniśmy tracić czasu przeznaczanego na pracę dla Związku i bronić własną pozycję. Dzisiaj taka postawa chyba wszystkim wydaje się nieprawdopodobna, niewiarygodna, ale w 1980 roku taka postawa była naturalna i powszechna. Wielu ludzi, którzy mogliby zająć eksponowane stanowiska, rezygnowało, zajmując się na przykład pracą w drukarni. To właśnie ci ludzie byli siłą „Solidarności”. Myślę, że gdyby nie było stanu wojennego, to w lutym 1982 roku byłby zjazd nadzwyczajny i ludzie by się pozbyli Wałęsy.

Roman Bątor

Normalna robota w stoczni zaczęła się dopiero po nowym roku z 1970 na 1971. Dopiero wtedy zacząłem lepiej poznawać Wałęsę. Tworzyły się brygady mistrzowskie, które szły pracować na statki. Każda brygada miała swojego mistrza. Ja trafiłem na trzy tygodnie do majstra Mosińskiego. I tam, właściwie pierwszy raz osobiście, spotkałem Wałęsę.

Przez trzy tygodnie pracowaliśmy wspólnie, tylko we dwóch, ja i Wałęsa.

Poznałem go trochę. Już wiedziałem, że lubi jeździć na wyścigi do Sopotu, obstawiać konie. Że lubi grać w damkę. Jak nie było roboty, to braliśmy płytę pilśniową (Wałęsa czasem nosił tę płytę za pazuchą), rysowaliśmy pole do gry w warcaby, braliśmy nakrętki i graliśmy. Wałęsa nie lubił przegrywać. Zawsze od razu chciał się odegrać, jakby przegrana była końcem świata, mimo że przecież nigdy nie graliśmy na pieniądze. A jak mu mówiłem: idź do domu, potrenuj trochę, jutro rewanż zrobimy, to myślałem, że mnie zje.

Po ‘70 Lechu się udzielał w radzie wydziału, był inspektorem BHP. Zawsze mówił to, co myśli, że warunki pracy złe, że pensje małe. Ludzie zaczęli mu ufać. Dziś już mało kto pamięta, że między 1971 a 1976 rokiem było przynajmniej kilka sytuacji, które groziły strajkiem. Nie wybuchł także dlatego, że we wszystkich siedział jeszcze ten uraz i strach po grudniu ‘70.

W 1976 roku Wałesa był kandydatem do rady zakładowej. Nie wiem kto kazał Kąkielowi, wtedy naszemu kierownikowi, żeby zwolnił Wałęsę, ale Kąkiel powiedział, że się pod tym nie podpisze, bo nie widzi powodu, dla którego Wałęsę należy zwolnić z pracy. No to Kąkiela przeniesiono z kierownika na zastępcę kierownika, a na jego miejsce przyszedł Zygmunt Pieczko, który wcześniej pracował na C4. Przyszedł i od razu się podpisał pod zwolnieniem Lecha. Jeszcze tego samego dnia przyszło dwóch ludzi, strażników stoczniowych, kazali Wałęsie zdać rzeczy, ubranie, przepustkę i go wyprowadzili za bramę. Tak się skończyła, trwająca dziewięć lat, kariera Wałęsy w stoczni.

Józef Czyrek

A ze stocznią było prawdopodobnie tak, że minister Wilczek powiedział Rakowskiemu: „słuchaj, przyjeżdża pani premier Thatcher, musisz pokazać, że jesteś tak twardy wobec związków, jak ona”. Na pewno próba zamknięcia stoczni nie była decyzją kierownictwa. Rakowski jej z nikim nie konsultował. Chciał, żeby to była wewnętrzna decyzja rządu. Rakowski miał urazy, rozczarowania z 1981 roku, z rozmów z „Solidarnością”. Mieczysław był wtedy przekonany, że Wałęsa musi w nim widzieć człowieka proreformatorskiego, otwartego. Tymczasem został potraktowany jak beton.

Czesław Kiszczak

Stan wojenny był najkorzystniejszym rozwiązaniem dla Polski, dla Polaków. Na pewno w kierownictwie radzieckim nie było osób, a przynajmniej ja takich nie znałem, którzy „przebierali nogami” na myśl o wkroczeniu do Polski. Podkreślam: oni też tego nie chcieli. Jednak w 1981 roku z całą pewnością by weszli, gdyby nie było stanu wojennego. Jeszcze na początku 1982 roku, ciągle nie byliśmy pewni, jak rozwinie się sytuacja. Na Wielkanoc, cztery miesiące po wprowadzeniu stanu, miała miejsca pewna dramatyczna rozmowa, której byłem uczestnikiem. Jaruzelski, Siwicki i ja, razem z rodzinami, pojechaliśmy na święta do ośrodka Urzędu Rady Ministrów w Łańsku. W tym czasie ważyły się losy Polski. Nasi przeciwnicy w partii żądali zamknięcia wojska w koszarach i zaostrzenia represji. W tym samym kierunku szły mocne naciski z Berlina, Pragi, Sofii, Moskwy. Istniała możliwość, że zostaniemy odsunięci, a ci, którzy dojdą do władzy, brutalnie rozprawią się z opozycją. Odpowiedzialność za wszystko przerzucono by na nas, bo to przecież my przygotowaliśmy i wprowadziliśmy stan wojenny. Nie chodzi o to, że się czegoś obawialiśmy fizycznie. Po prostu nie chcieliśmy przejść do historii w niesławie. Rozmów o przebiegu i skutkach stanu wojennego, o przyszłości Polski, w gronie najbardziej zaufanych ludzi prowadziliśmy otwartym tekstem bardzo wiele. Ta Wielkanoc utkwiła mi w pamięci, bo przypadkowo rozmowa odbyła się w niecodziennej scenerii — w basenie kąpielowym. Od pogody i jakości śniadania świątecznego, jak to u Polaków, przeszliśmy na wielką politykę.

Bogdan Lis

Wałęsa też był nam znany. Też funkcjonował w układzie Wolnych Związków przed Sierpniem. Co prawda tylko roznosił ulotki, ale funkcjonował. On był jedyną osobą, która pracowała w stoczni. Pani Walentynowicz nie dałaby rady poprowadzić strajku. Robotników mógł poprowadzić ktoś, kto miał szpunt do przodu. Przecież pan pamięta te oskarżenia, że strajkiem kieruje KOR. Wałęsa nie był w KOR-ze.

My byliśmy wobec niego lojalni, chociaż decyzja, że on ma być szefem, wynikała z warunków, w jakich pracowaliśmy. To raczej Wałęsa był nielojalny wobec nas. On wykorzystywał nas instrumentalnie.

Jacek Merkel

W 1980 mieliśmy dziesięć milionów członków, a w 1988, w Stoczni Gdańskiej o zalegalizowanie związku walczyło z uporem trzystu Spartan i trzystu stoczniowców. Drugie tyle w Szczecinie, trzecie tyle w Jastrzębiu. Załóżmy, że się pomyliłem. Razy dziesięć. Niech będzie dziesięć tysięcy. To była nasza armia. Więc ma pan „aż” dziesięć tysięcy zmobilizowanych żołnierzy, którzy strajkują pod hasłem: nie ma wolności bez „Solidarności”, a reszta milczy. Potem się mówi, że to jest zdrada, ten „okrągły stół”. Gdyby strajk robiło dziesięć milionów ludzi i milionowa manifestacja by tratowała Urząd Rady Ministrów, to wszystko byłoby w porządku, ale tak nie było.

Mieczysław Rakowski

Zawsze uważałem, że lepiej być w środku i zmieniać, „wpływać na bieg zdarzeń”, jak pisał Miłosz, niż być usuniętym. Oczywiście później ta moja teza popadła w konflikt z poglądami takich ludzi jak na przykład Michnik, którego zapytałem kilka lat temu: „Adam, kto wtedy postąpił słusznie, ty czy ja?”. On odpowiedział: „I ty byłeś potrzebny, i ja byłem potrzebny”.

Jadwiga Staniszkis

Kiedy po latach rozmawiałam z ludźmi biorącymi udział w strajku, to najbardziej zapamiętałam z pozoru nic nie znaczące fakty. Oni byli wdzięczni, że na przykład ubrałam się w swoje najlepsze ubranie. Potraktowali to jako taki niedzielny, odświętny strój. Pamiętali przede wszystkim to i, że ktoś chciał być z nimi w warunkach ryzyka. Jeszcze to, że już w czasie podpisywania porozumień nie wysuwałam się na pierwszy plan. Dla wielu cały ten szum, wspólne zdjęcia, wywiady, były trampoliną do czegoś większego. W czasie samego podpisywania porozumień byłam razem z salą po jej stronie. To, że się było razem z nimi, a nie po stronie tej nadbudowy, ludzie pamiętają do dziś.

Andrzej Stelmachowski

Jedno z tych spotkań, jak mówiłem, odbyło się w Wielki Piątek, drugie tydzień później. Mimo że oferowano nam obfite potrawy, w tym szynkowe, to większość nie jadła. Nawet Kuroń powiedział, że wprawdzie jest człowiekiem niewierzącym, ale postanawia przez cały tydzień pościć. Swoją postawę uzasadniał za pomocą argumentów zaczerpniętych z Biblii. Przytoczył przykład, chyba z księgi machabejskiej, opisującej zachowanie pewnego starca żydowskiego, który był zmuszony do jedzenia wieprzowiny. Powiedziano mu, że będzie mu groziła śmierć, jeśli tego nie zje. Przyjaciele przekonywali: powiedz, że zjesz tę wieprzowinę, a w rzeczywistości załatwimy z kucharzami i dadzą ci wołowinę. On na to: „nie, jaki byłby to przykład dla młodszego pokolenia, gdyby się dowiedzieli, że uciekam się do takich wybiegów”. Na to powoływał się Kuroń. Przyzna pan więc, że sceneria i ton dyskusji były bardzo swoiste. Mimo wszystko odmówili. Niezależnie od tego, Michnik nie chciał wyjść z więzienia na spotkanie. Kuroń po niego pojechał. Mimo wszystko Michnik nie chciał. Nawet się z tego powodu okropnie pokłócili. Michnik powiedział, że to jakiś podstęp. Odmówił wyjścia z celi.

Zbigniew Szczypiński

ten 14 sierpnia to był dla Lecha historyczny dzień. Historyczna chwila, której skutki trwają do dziś. To jest nieprawdopodobna historia, chyba na skalę stulecia. Wchodzi człowiek i bierze wszystko. Zostaje przywódcą, podporządkowuje sobie KS. Ta historyczna chwila na początku jest zwykła. Oto jeden ze strajków. O pieniądze, o panią Walentynowicz. Gdyby ten strajk nie odżył już po zakończeniu, to być może nic więcej by się nie stało. A jednak się stało. W Gdańsku. W stoczni znanej na cały świat. Gdy Lech Wałęsa mówi do dyrektora, stojąc na tych stalowych konstrukcjach: „Czy pan mnie pamięta”, sam siebie robi przywódcą. Zawsze jest tak, że gdy ktoś pierwszy weźmie do ręki mikrofon, to zostaje przewodniczącym. I tak się też wtedy stało, ale na Boga, nikt na świecie nie przewidywał, że po tygodniu strajków podejdzie do mnie dyrektor Gniech i powie: „Słuchaj, teraz to z Wałęsą już tylko premier może rozmawiać”. Wydaje mi się, że tak się zaczął pewien ciąg zdarzeń. Strajk, Związek, prezydentura i oświadczenie, że teraz to już tylko Prezydent Zjednoczonej Europy. Myślę, że mówi to serio. Jeszcze kilka lat temu, w podziemnych strukturach „Solidarności” mówiło się, że ambicjom Wałęsy nie ma końca.

Anna Walentynowicz

Tylko jedno z nas ma rację. Albo Wałęsa, albo ja. I oboje wiemy kto. On ma jeden wielki dar. Budowania własnego mitu. Ten mit jednak pryska, jeśli się o nim wie to, co wiedzą jego najbliżsi współpracownicy. Mitem jest skok Wałęsy przez płot i w ten sposób wejście na strajk w 1980 roku. Nie było nawet takiego miejsca, przez które mógłby skoczyć. Dorobił sobie legendę. Tak jak legendą jest styropian, na którym miał spać. Ani on, ani ja nie spaliśmy na styropianie. Najpierw na fotelach, potem na materacach. Na styropianach spali niektórzy stoczniowcy.

Poza tym to nie w hali BHP, tylko na zewnątrz. Ten styropian zresztą jest nieistotny.

Jerzy Borowczak

Z tym totolotkiem to akurat prawda. Na początku lat 70. w stoczni była grupa robotników, która grała w totolotka systemem. Nawet od czasu do czasu wygrywała, może nie jakieś wielkie sumy, ale jednak spore. Ci, co grali, Wałęsa był w tej grupie, inwestowali w zakłady pieniądze pochodzące ze składek na CRZZ, czyli na tamte związki zawodowe. Po wygranych pieniądze oczywiście oddawano. Z tego, co wiem, to nawet milicja czy prokuratura dostała wtedy informacje o ,,wyprowadzaniu” składek. Nikomu, niczego nie udowodniono, bo to były krótkoterminowe „pożyczki”.

Z kolei, jeśli idzie o Graczyka – dziś to już stary, schorowany człowiek. Żona mu umarła, dzieci nie miał, mieszka u jakiejś dalszej rodziny, która broni do niego dostępu. Pamiętam jednak, że osiem, może dziewięć lat temu poznałem go na urodzinach Wałęsy. 500 – 600 osób zaproszonych do Pałacu Opatów w Oliwie, tuż obok Kurii Biskupiej. W pewnym momencie Wałęsa wstaje od stołu i mówi mniej więcej tak: „Szanowni Państwo, może się zdziwicie, ale na dzisiejszy wieczór zaprosiłem kapitana Graczyka, mojego niby oficera prowadzącego. Jeśli ktoś chce z nim porozmawiać o tym, jak było naprawdę, to proszę bardzo. Niech pan się pokaże, panie Graczyk”. Jakoś nikt nie przejawiał ochoty do rozmowy z kapitanem Graczykiem. Podszedłem do niego, przedstawiłem się, usiadłem obok, zaczęliśmy gadać. Powiedział mi, że tak naprawdę Wałęsa nigdy się nie zgodził na współpracę. Za to zgodził się pomóc Graczykowi, bo niby Graczyk zgubił pieniądze, za które miał kupić samochód, syrenkę, więc pieniądze, które miał dostawać Wałęsa, pobierał dla siebie Graczyk. Taka historia, nie wiem, czy prawdziwa, w każdym razie Graczyk tak mówił.

Karol Hajduga

Było dwóch tak zwanych opiekunów stoczniowych z ramienia SB. Nie siedzieli w stoczni na stałe. Przychodzili raz na tydzień, raz na parę dni. Mieli zwykle więcej informacji dla nas, niż myśmy mogli im dostarczyć. Chcieli wiedzieć, jak leci produkcja, czy nie ma zagrożeń, jaka jest atmosfera w zakładzie. Oni z kolei nam mówili, kto rozrabia i na kogo ewentualnie musimy uważać. Mówili: „Pamiętajcie, że stocznia jest waszym zakładem pracy”. Posiedzieli godzinę, dwie, wypili po kielichu i szli.

Z kolei raz na miesiąc przychodził ich szef, Jasiu Kujawa, naczelnik wydziału trzeciego SB w Gdańsku, podpułkownik, zawsze po cywilnemu. I to były wizyty trudne do wytrzymania. Nie dlatego, że to SB, nie dlatego, że oczekiwał od nas informacji. On po prostu u nas biesiadował. Piliśmy wódkę, zmieniając się z dyrektorem Żaczkiem i innymi kolegami z kierownictwa, a Jasiu nam dotrzymywał kroku sam. To znaczy sam pił tyle, co my razem wzięci, ale nigdy nie było po nim widać, że jest pijany. Tego typu biesiady trwały kilka godzin, czasem cały dzień. Rozmawialiśmy z Kujawą głównie o polityce. I to też on, a nie my, byliśmy dostarczycielami ciekawych informacji dotyczących polityki. Jasiu był po prostu dużo lepiej poinformowany niż my. W naszych rozmowach nigdy nie padło nazwisko Wałęsa. Poznałem je dopiero 15 grudnia 1970 roku.

Piotr Gontarczyk

Wałęsa od roku 1980 jest bohaterem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi oraz dokumenty, które znam, wskazują na to, że dawny „Bolek” najdalej w 1976 roku im się „urwał”. Mimo szantażowania go sprawą „Bolka” trzymał się dobrze. Przecież, gdy był internowany, próbowano go przymusić do wznowienia „Solidarności” jako przybudówki władzy. Miał tego „Bolka” za pazurami, ale mimo to się nie poddał.