“Sami swoi. Za kulisami komedii wszech czasów“

to książka, która opowiada o nieznanych i niepublikowanych szczegółach powstawania filmu, pracy na planie, relacji między aktorami oraz niezwykłych perypetiach samego obrazu, który dla wielu jest kultowy.

W 1966 roku na planie filmu “Sami swoi” zagrano ostatnią scenę. Po 50 latach Dariusz Koźlenko sięga nie tylko do archiwalnych wywiadów, zdjęć, relacji prasowych, ale przede wszystkim rozmawia z tymi, którzy ten film tworzyli, m.in. reżyserem Sylwestrem Chęcińskim czy Jerzym Janeczkiem, odtwórcą roli Witi Pawlaka. Rozmawiają o trudnych początkach filmu, pomysłach na postacie, kłopotach z obsadą albo raczej z głosem, zmiennych losach scenariusza i pierwowzorach głównych bohaterów, prywatnym archiwum Sylwestra Chęcińskiego, dążeniu do perfekcji, animozjach, kłótniach, wielkich przyjaźniach i rywalizacji oraz szczęśliwym zakończeniu, czyli o życiu po premierze. Jesteśmy przekonani, że książka “Sami swoi“. Za kulisami komedii wszech czasów” zdobędzie uznanie nie tylko wśród licznych miłośników filmu.



Fragmenty książki:


„…Sylwester Chęciński zatrzymuje film, cofa do sceny, w której najpierw Kargul a potem Pawlak przemykają się do stodoły z bańką bimbru: – Wydaje się, że tu pierwsze skrzypce gra Pawlak, on leci tekstem, a Kargul tylko słucha, ale proszę zobaczyć, jak on słucha. Jest naprawdę dobry, świetny, momentami „przykrywa” Kowalskiego. Ale niewątpliwie, choćby po tej scenie widać, że Kowalski na planie tego filmu doświadczył czegoś nowego. Zobaczył, że po raz pierwszy to nie on musi dotrzymywać kroku innym, to inni muszą dotrzymać kroku jemu. To było bardzo ciekawe doświadczenie, również dla Hańczy. Bo tak: z jednej strony niepozorny Kowalski, epizodzista, z drugiej Hańcza ze swoją pozycją, dokonaniami i warunkami fizycznymi, aktor od głównych ról, heros, który był w środku każdej sprawy, w której grał. I nagle ten wielki Hańcza zobaczył, że mikrus, który tam stoi, okazuje się potęgą. To nie jest tak, że Hańcza bał się, że Kowalski mu zagraża. Hańcza miał świadomość swojej aktorskiej przewagi, ale zrozumiał, że musi się z Kowalskim liczyć, że musi wiele z siebie dać, żeby mu dorównać, że tu nie wystarczy jedynie towarzyszyć. To było szalenie interesujące obserwować go na planie, jak się starał, bo robił to oczywiście po swojemu, przy zachowaniu wszelkich pozorów luzactwa…”



„…Jesteśmy właśnie przy scenie, w której Eleonora Pawlak rozgląda się po nowej chałupie i narzeka, że tu całkiem inaczej niż w Krużewnikach, nawet pieca nie ma. To znaczy piec jest, ale inny, żelazny, z fajerkami, upiec na nim upieczesz, ale gdzie spać, jak zapiecka nie ma. Chęciński patrzy na tę scenę i mówi, że powojenna emigracja to również wielkie zderzenie kultur, mentalności, przyzwyczajeń, języka i to wszystko otulone nostalgią, tęsknotą za czymś, co minęło, a co było cudowne: dzieciństwo, pierwsza dziewczyna, rodzice. On, Chęciński, też tę tęsknotę w sobie nosił…”

„…Tadeusz Kosarewicz zrobił od tamtego czasu wiele filmów z Chęcińskim i wie, że Chęciński na planie jest nie tylko wymagający, ale i uparty. Jeśli uzna, że coś ma być tak jak uważa, inaczej być nie może. A jak ktoś mu mówi, że tak się nie da, potrafi się zdenerwować: co to znaczy, że się nie da? Próbowałeś, byłeś tam, gadałeś? Jak ty nie potrafisz, to poproś kogoś, kto potrafi. – Ale od strony ludzkiej, koleżeńskiej, zawsze był w porządku. Lubił ludzi i ludzie lubili jego, przywiązywał się do współpracowników, do aktorów, a oni chętnie z nim pracowali. Ja jestem tego przykładem, Andrzej Ramlau, i wielu innych…”


„…Zaczęło się dobrze, zrobiliśmy pierwszy, drugi dubel. Przy kolejnym patrzę w kamerę i widzę: Janeczek nadjeżdża, Kowalski wybiega, a w perspektywie drogi, która powinna być pusta, wychodzi zaprzyjaźniony z nami sołtys Dobrzykowic z rowerem, nawalony jak stodoła, i idzie w naszą stronę. Stop, przerywamy ujęcie, wszyscy krzyczą, żeby sołtys się schował, sołtys wchodzi w jakąś bramę, robimy kolejne ujęcie. Patrzę w kamerę: koń jedzie, Kowalski wybiega, a w tle wychodzi z bramy nawalony sołtys z rowerem i idzie w naszą stronę, machając radośnie. Stop, przerywamy. I tak ze trzy razy. W tej sytuacji kierownik planu mówi: wy sobie idźcie coś zjeść, a ja pójdę tam i przypilnuję sołtysa, żeby już nie wyszedł. Minęło pół godziny, zjedliśmy zupkę, sołtysa nie widać, szykujemy się do ujęcia. Patrzę w kamerę: Witia jedzie na koniu, Kowalski wybiega, a w tle… wychodzi nawalony jak stodoła kierownik planu. Z rowerem…”


„…Chęciński od początku wiedział, że z tym filmem nie będzie łatwo. Miał świadomość, że robi komedię z dramatu, masowej emigracji milionów ludzi. W dodatku pierwszy raz robi ten gatunek, a przy komedii trzeba nieustannie uważać, żeby nie przekroczyć granicy, za którą śmieszne przestaje być śmieszne. Więc strzegł tej granicy jak oka w głowie…”